Lech - Legia, czyli najważniejszy rytuał sezonu

- Przyszliście, chamy, ponieważ my tutaj gramy! - skandują często kibice warszawskiej Legii w Poznaniu. Sugerują, że powodem gigantycznego zainteresowania meczami Lecha z Legią jest sama stołeczna drużyna. To jednak nie sama Legia elektryzuje poznaniaków, ale wizja jej pokonania w kontekście wieloletniej tradycji tej rywalizacji - pisze Radosław Nawrot w poznańskiej ?Gazecie Wyborczej?

Dziś antagonizmy między Lechem a Legią są pochodną tradycji, która kształtowała się kilkadziesiąt lat temu. Kiedy przed wojną legioniści przyjeżdżali do endeckiego i nieprzepadającego za Józefem Piłsudskim Poznania, jeszcze tych antagonizmów nie było. Mało tego, nawet w pierwszych powojennych sezonach spotkania Lecha z Legią ani nie podnosiły specjalnie temperatury, ani nie wydawały się najatrakcyjniejsze w sezonie. Wiele zmieniło się jednak w latach 50., kiedy rozpoczęło się owo osławione zabieranie zawodników do Legii, do wojska.

Dziś nikt nie ma wątpliwości, iż proceder ten stał się solidnym fundamentem pod wzajemną niechęć. Zbiegł się na dodatek z obowiązującą w tamtych czasach polityką centralizacji. To ona wyrzeźbiła antagonizm między stolicą a innym dużym miastem w kraju - zdaje się, że naturalny niemal na całym świecie. Poznaniacy zawsze będą wymieniali listę nazwisk piłkarzy, którzy poszli do Legii do wojska, a warszawiacy zawsze będą podkreślali, że gra w Legii stanowiła dla nich szansę.

Faktem jest, że wrzucanie wszystkich przypadków do jednego worka jest sporym błędem. Co innego np. Władysław Sobkowiak, jeden z pierwszych, którym „Polska dała rozkaz” (w 1951 roku) i który po odmowie pozostania w CWKS został bezdyskusyjnie pognębiony i poddany sankcjom. Z kolei Mirosław Okoński w 1979 roku wręcz czmychnął do Legii z Lecha na własną prośbę. Kibice „Kolejorza” nie mogli mu tego zresztą darować podczas finału Pucharu Polski w Częstochowie w 1980 roku. „Okoń” mógł się wtedy wymigać od służby wojskowej, gdyż był jedynym żywicielem rodziny, ale tego nie zrobił. Dla niego gra w Legii była jednak krokiem do przodu. Dopiero po jakimś czasie zmienił zdanie i zapragnął do Poznania wrócić, co też - ku radości kibiców - zrobił.

Dziesiątki piłkarzy Lecha grających w Legii (i mniejsza grupa tych, którzy z Łazienkowskiej przyszli do Poznania, jak Piotr Mowlik, Zbigniew Pleśnierowicz czy Bogusław Oblewski) i każda historia inna. Każda jednak została położona niczym cegła na fundamencie z lat 50., gdy zmiana klubu dla jakichś korzyści stanowiła jeszcze afront. W tamtych czasach kiedy zaczęło się grać w jakimś klubie, grało się w nim często do końca kariery. Zmiany barw zdarzały się rzadko i Legia stała się forpocztą podobnych praktyk. Okrzyk „zawodowcy, zawodowcy!”, jakim w Poznaniu powitano Legię w 1956 roku, był wielką obelgą, gdyż zarzucał rywalom naruszenie czystości zasad rywalizacji. W tym upatrywano motywy porażki 0:6 - najwyższej, jaką Lech kiedykolwiek z Legią poniósł.

Jeśli ukształtuje się pewna tradycja, trudno ją zmienić, a każde kolejne wydarzenia tylko budują nowe jej wątki. Głośny przypadek Mirosława Okońskiego, zamieszki podczas meczu w Częstochowie w 1980 r., odebrany Legii tytuł z 1993 r. i przyznanie go następnie Lechowi także dokładały swoje cegiełki. Podobnie jak i każda kolejna rywalizacja z Legią, czy wygrana, czy przegrana, balansująca na cienkiej granicy między postrzeganiem Legii jako „głównego rywala” czy też jako „wroga”. Lata rywalizacji, opartej na powtarzanych z ust do ust fundamentalnych argumentach z przeszłości, wytworzyły wręcz pewne rytuały, które nakazują Legię traktować szczególnie. Trenerzy tacy jak Libor Pala, którzy bezrefleksyjnie twierdzili, że pojedynek z Legią to mecz jak każdy inny, narażali się na ostrą kontrę.

Pewien szok stanowiła tu sytuacja z 2004 roku, kiedy to kibice „Kolejorza” wywiesili na stadionie transparent z napisem „Legio, ze wszystkich naszych wrogów ciebie szanujemy najbardziej” jako przypomnienie, że przecież rywalizacja Lech-Legia jest niczym innym jak rodzajem konwencji.

A jej zwycięskie dla Lecha zakończenie stanowi w Poznaniu jedną z większych przyjemności.

27 tysięcy miejsc na Lech-Legia zajętych

Semir Stilić nie trenował, na Legię ma być zdrów

Więcej o: