Ekstraklasa. Stępione pazury poznańskiego Lecha

- Przegraliśmy niezasłużenie - żałuje trener Jose Bakero po porażce Lecha Poznań z Cracovią. Mistrzowie Polski mieli czas i możliwości, by odrobić straty, ale po stracie gola zagrali dużo słabiej niż wcześniej. Zamienili się z drapieżnika w ospałego kota, który rzadko używa pazurów.
- Nie wiem, czy wygraliśmy szczęśliwie, czy nie, ale w tym momencie liczy się tylko to, że to Cracovia dopisuje sobie trzy punkty - powiedział trener krakowian Jurij Szatałow po pokonaniu Lecha Poznań. Analogiczne słowa po meczu z Arką mógłby powiedzieć trener "Kolejorza" Jose Bakero. Mógłby, ale Hiszpan zwycięstwo w Gdyni nazwał w piątek "nieprzypadkowym". Porażka w Krakowie tego określenia nie broni.

Pojedynek z "Pasami" miał inny scenariusz niż większość poprzednich przegranych meczów poznaniaków. Z Jagiellonią Białystok, GKS Bełchatów, Zagłębiem Lubin i Ruchem Chorzów rywale wbijali "Kolejorzowi" gola po godzinie gry, a poznaniacy nie mieli już pomysłu, a może i sił, by wyrównać. W żadnym z tych spotkań lechici na zwycięstwo zwyczajnie nie zasłużyli.

Poznaniacy świetnie zaprezentowali się za to w pierwszej połowie przegranego meczu z Legią Warszawa (1:2). Właśnie do tego spotkania można porównać porażkę w niedzielę. W Warszawie i w Krakowie można było patrzeć z przyjemnością na udane dryblingi, szybkie akcje i strzały piłkarzy Lecha. Tak jednak było tylko do momentu stracenia przez poznaniaków gola.

Mistrzowie Polski wyglądali w tych meczach jak bokser, który umie zapędzić rywala do narożnika, ale nie umie go znokautować. Przeciwnik z każdą chwilą czuł się coraz pewniej i - szczęśliwie czy nie - mistrza powalił. Lech nie wykorzystał przewagi, nie wyegzekwował z bezwzględnością poborcy podatkowego tego, co mu się należało. A to umiejętność konieczna, by myśleć nie tylko o obronie tytułu mistrzowskiego, ale i o grze w europejskich pucharach w kolejnym sezonie.

Artjoms Rudnevs zmarnował w niedzielę więcej sytuacji bramkowych niż chyba we wszystkich swoich poprzednich meczach razem wziętych, ale jest większy problem od nieskuteczności Łotysza i jego kolegów. To negatywna przemiana lechitów po stracie gola. Przemiana z drapieżnika w ospałego kota, który rzadko używa pazurów. - Kiedyś Lech po stracie gola od razu naciskał przeciwnika, grał pressingiem. Teraz tego zabrakło - mówi selekcjoner reprezentacji Polski Franciszek Smuda.

Jose Bakero w niedzielę takiego kłopotu nie widział. - Moi piłkarze kontrolowali przebieg gry w drugiej połowie meczu - stwierdził hiszpański szkoleniowiec. To teza karkołomna, jeśli przypomnimy, że Lech nie tylko nie strzelił po przerwie gola, ale i przeprowadził dużo mniej dobrych akcji niż wcześniej.

Przyczyną tego, że poznaniacy z czasem spisywali się słabiej, nie są raczej kłopoty motoryczne. Lechici w Krakowie po boisku biegali wytrwale. W drugiej połowie jednak nie bardzo wiedzieli, gdzie i jak się ustawić. Coraz gorzej było też z utrzymywaniem się przy piłce. - Grali bardziej sercem niż rozumem - przyznał szkoleniowiec Lecha. Największy wpływ na to, by zespół na boisku myślał, powinien mieć sam Bakero. W Krakowie miał związane ręce jeśli chodzi o zmiany, bo przez kontuzje i choroby na ławce rezerwowych zabrakło zawodników ofensywnych. Jednak od jedenastki, która rozpoczęła mecz z Cracovią, należy wymagać pokonania ostatniej drużyny ekstraklasy. "Pasy" nie są przecież rywalem, który pęta nogi, który ma zawodników wpędzających Lecha w jakiekolwiek kompleksy. To, czemu poznaniacy tak bardzo zgaśli po stracie gola, jest zagadką, którą jak najprędzej musi rozwikłać Jose Bakero i jego sztab. Materiał do przemyśleń ma też co najmniej kilku poznańskich piłkarzy. Manuel Arboleda, który wiele razy inspirował kolegów do walki o zwycięstwo, w Krakowie popełniał błędy wręcz juniorskie.

- Myślę, że gdybyśmy strzelili gola do przerwy, rozstrzygnięcie byłoby inne. Doceniam grę bramkarza Cracovii, ale przy dobrym strzale nie miałby szans - podsumował bramkarz Lecha Krzysztof Kotorowski.

Pół godziny bardzo dobrej gry może do zwycięstwa wystarczyć tylko wtedy, gdy zespół strzeli w tym czasie kilka goli. To niemożliwe, jeśli nie strzeli się żadnego. Jak Lech w Krakowie.

Więcej o: