Rachunek sumienia zamiast zwalania na sędziego

Przegraliśmy przez błąd sędziego - mówią po 0:1 w meczu z GKS w Bełchatowie lechici. To szukanie przyczyn wpadki nie tam, gdzie trzeba, a bez dobrej diagnozy ciężko będzie Lechowi wrócić do sukcesów
Teza, że Lechowi punkt zabrał sędzia Hubert Siejewicz, który nie zauważył faulu na Bartoszu Bosackim, a potem dał GKS rzut wolny pośredni z pola karnego, jest tylko półprawdą. Choć chwytliwą, bo to właśnie to zajście wskazują jako przyczynę porażki piłkarze i sztab Lecha.

Gdyby nie tamta sytuacja, może lechici wywieźliby z Bełchatowa remis. Może, bo przeciwnicy stworzyli sobie kilka innych świetnych okazji bramkowych. W każdym razie na pewno GKS wygrał zasłużenie, bo w drugiej połowie wręcz zmiażdżył Lecha. Ze względu na podobny przebieg to spotkanie przypominało piłkarzom porażkę z Warszawy sprzed tygodnia. Bardziej na miejscu jest jednak porównanie do sierpniowego 0:2 z Jagiellonią w Białymstoku. Tam też Lech przegrał zasłużenie i wtedy też, zamiast rzetelnego rachunku sumienia, usłyszeliśmy narzekania na pracę sędziego. Mniej istotny był fakt, że to rywale "Kolejorza" kontrolowali losy spotkania. Wtedy też skargi na arbitra zastąpiły rachunek sumienia.

Lechitom może tym trudniej pogodzić się z tą nową rzeczywistością, że jeszcze parę miesięcy temu wygrywali mecz za meczem i prawie nie tracili przy tym goli. Teraz muszą jednak uderzyć się w piersi, bo bez tego trudno im będzie znaleźć powody zmiany sytuacji w lidze.

A po dwóch z rzędu porażkach sytuacja Lecha stała się bardzo poważna. Ubywa argumentów, które pozwoliłyby wierzyć, że poznaniacy - tak jak w poprzednim sezonie - będą w stanie odrobić 11 pkt straty do lidera. Puchnie za to lista zarzutów wobec zespołu, a nawet szerzej - pod adresem klubu. Po sprzedaży lidera zespołu, Rafała Murawskiego, odpowiedzialność za wyniki wzięli na siebie Robert Lewandowski i Sławomir Peszko. Teraz, bez króla strzelców ekstraklasy u boku, Peszko gra przeciętnie. Próby Manuela Arboledy, by poderwać zespół do walki, wywołują odwrotny efekt. Kolumbijczyk nie wytrzymuje meczów nerwowo i momentami staje się karykaturą siebie z poprzednich lat.

Cały Lech ma coraz mniej argumentów w drugiej linii, by wydarzenia na boisku toczyły się pod jego dyktando. Mistrzowie Polski nie są w stanie utrzymać się dłużej przy piłce, zmusić przeciwników do biegania i tym samym pokazać im, kto rządzi na boisku. Atak pozycyjny drużyny właściwie więc nie istnieje. Lech szuka za to okazji do strzelenia bramki ze stałego fragmentu gry lub z kontrataku. Tak może grać zespół bez większych aspiracji, pretendent, któremu jeśli się nie uda, to nic wielkiego się nie stanie - ale nie Lech! Nie zespół budowany przez lata, mistrz Polski - on nie powinien przyjmować od rywali gry, w której można łatwo polec.

"Kolejorza" nie tłumaczy nawet osłabienie kadrowe podczas meczu w Bełchatowie. Mimo że brak Grzegorza Wojtkowiaka i dwóch podstawowych defensywnych pomocników (Dimitrije Injac, Tomasz Bandrowski), to ubytek poważny. Nie powinno to jednak mieć aż tak dużego znaczenia, gdy naprzeciwko stanął zespół o znacznie mniejszym potencjale. Maciej Bartoszek wystawił na Lecha piłkarzy o bardzo skromnym doświadczeniu w ekstraklasie - ze ściągniętym z trzecioligowego Orkana Rumia Marcusem da Silvą na czele. I ten Brazylijczyk mijał Luisa Henriqueza tak łatwo, że obrońca Lecha miał prawo na długo zniechęcić się do piłki.

Mistrzów Polski nie tłumaczy też zmęczenie po meczu z Salzburgiem. Tu akurat mniejsza jest wina samych zawodników, którzy walczyli w czwartek aż miło. Kto nie miał bowiem dość sił, powinien w Bełchatowie odpocząć, ale do tego potrzebna jest silniejsza kadra. O tym, że Lech może tej jesieni rozegrać 30 spotkań o punkty, było wiadomo już latem, gdy otwarte było jeszcze okno transferowe.



Wszystko o Lechu Poznań i jego sprawach - na naszym specjalnym serwisie mistrzów. Zajrzyj!