Ekstraklasa. Kukułcze jajo przy Bułgarskiej

By odzyskać choć część wpompowanych w budowę pieniędzy, miasto musi zażądać od przyszłego operatora stadionu przy ul. Bułgarskiej olbrzymich opłat. Lech Poznań musi ratować swój budżet. To zapowiada starcie o to, kto będzie musiał wziąć na siebie wielkie koszty budowy i obsługi betonowego giganta.
Operatora stadionu przy Bułgarskiej poznamy na przełomie bieżącego i przyszłego roku. W grę wchodzą: Sportfive (będzie współzarządcą stadionu Wisły w Krakowie), HSG Zander (operator stadionu we Frankfurcie; przegrał bój o stadion w Gdańsku) oraz AEG Europe (chcą zarządzać Stadionem Narodowym w Warszawie i stadionem olimpijskim w Londynie). Wchodzi też w grę Lech Poznań, który jednak doświadczenia w byciu operatorem nie ma, więc nieoficjalnie mówi się, że najbardziej prawdopodobnym dla Poznania rozwiązaniem będzie to przeszczepione z Gdańska - symbioza klubu sportowego i profesjonalnej firmy.

O dalszych losach poznańskiego stadionu wiele rzeczy mówi się na razie nieoficjalnie. Także o tym, jakie mogą być przyszłe opłaty z tytułu korzystania z tego obiektu, co żywotnie interesuje zwłaszcza Lecha Poznań. Kilka miesięcy temu mówiło się o tym, że miasto zażąda 8-9 mln zł, z czego Lech - jako najważniejszy użytkownik obiektu i ewentualny operator - jest gotów zapłacić połowę. Teraz słychać już o opłatach sięgających 10 mln zł plus kilkumilionowe koszty utrzymania obiektu. Wiadomo, jak zareaguje na to Lech - awanturą.

Obie strony będą się starały wyrobić sobie - także przy pomocy mediów - jak najlepszą pozycję negocjacyjną. Już to zresztą obserwujemy. Miasto stara się dawać coraz więcej nieoficjalnych sygnałów na temat tego, że opłaty będą wysokie i trzeba się z tym pogodzić. To pozwala mu zająć dogodną pozycję w negocjacjach, w których musi być twarde i nieustępliwe. Prezydent Ryszard Grobelny wie, że wielu jego wyborców ma wątpliwości, czy tak wielka inwestycja na 700 mln zł była w ogóle potrzebna. (Uwagi na temat tego, że stadion mógłby być o wiele tańszy na razie zostawmy na boku, bo żeby racjonalnie ocenić ich słuszność, trzeba by rozważyć kontekst budowy stadionu w Poznaniu - tego, że był on sztukowany, budowany na małej działce, na gruzach starego stadionu. I że inaczej się nie dało, o ile Poznań chciał się liczyć w walce o Euro 2012).

Jeszcze nie tak dawno prezydent Grobelny szedł do wyborów z hasłem pomocy dla Lecha. To była idea nieżyjącego wiceprezydenta Macieja Frankiewicza z czasów, gdy "Kolejorz" był w tragicznej sytuacji, nie miał bogatego właściciela, groził mu upadek, a kibice Lecha podnosili zarzuty, że miasto nie reaguje, gdy legenda Poznania ginie. Teraz już nie ginie, nie przymiera głodem. Lech jest firmą, prężnym przedsiębiorstwem, które generuje zyski, a będzie generowało ich jeszcze więcej. Uzasadnienie dla faworyzowania go na taką skalę jak wcześniej zniknęło.

Mało tego, śmiem twierdzić - choć bez badań, jedynie na podstawie rozmów z wieloma mieszkańcami miasta - iż grono wyborców Grobelnego, które uważa, że Lech ma płacić jak każdy i nie należy go preferować, rośnie. Rośnie mimo wzrostu popularności Lecha. Nawet bowiem wielu jego kibiców uważa, że pieniądze podatnika nie powinny już dłużej płynąć do klubu. Prezydent Grobelny musiał więc zmienić swą politykę wobec zasad udostępniania stadionu i zrobił to. Wiadomo, że Lech będzie musiał za korzystanie ze stadionu zapłacić bardzo dużo. Teraz pytanie: ile?

Miasto nie może zarżnąć kury, dla której zbudowało przecież tę grzędę, a jednocześnie musi ratować budżet. Takich doniesień, jak te z sobotniej "Gazety", że nie ma pieniędzy na nic - nawet na nowe lokale komunalne, bo "wszystko poszło na stadion", jest i będzie przecież coraz więcej.

Miasto żąda za stadion jak najwięcej, Lech woła: "Co?! Tyle pieniędzy za tak niedoskonały obiekt?!". I też buduje swoją pozycję negocjacyjną. Łapanie się za głowę i wołanie, że miasto tak wysokimi opłatami chce nadwerężyć budżet klubu, jest argumentem najmocniejszym. Kolejnym, który też poprawia przecież pozycję Lecha jest wykazywanie, iż stadion przy Bułgarskiej to bubel. Że ma wiele wad, a na dodatek jego budowa paraliżuje codzienne funkcjonowanie "Kolejorza". Umówmy się, że powody do narzekania są - stadionowi daleko do doskonałości.

Poznański klub podnosi i inne argumenty - jak choćby ten, o którym pisaliśmy w czerwcu, że stadion jest niezdolny do zarabiania na siebie, a przystosowanie go do czerpania przezeń zysków, choćby z gastronomii, wymaga dodatkowych nakładów rzędu 40-50 mln zł. Czasem sięga po argument ostateczny: grozi, że jeśli opłaty będą za wysokie, rozpocznie budowę swojego stadionu, np. w Suchym Lesie. Przeniesienie tego biznesowego w gruncie rzeczy sporu do mediów będzie elementem negocjacji równie ważnym, jak zajęcie miejsc przy stole rozmów. Przez media też się w takich przypadkach ze sobą rozmawia.

Obie strony są na siebie skazane. Nie ma Lecha bez stadionu, ale nie ma i stadionu bez Lecha - to truizm. Dla Poznania nie oznacza to jednak nic dobrego. Koszty obsługi i korzystania ze stadionu będą wysokie - tego zmienić się nie da. Dyskusja sprowadza się do tego, kto ma je ponosić - miasto czy raczej klub?

Ktokolwiek by to nie był, te opłaty nadwerężą jego budżet na wiele lat. Mówiąc obrazowo - albo nie będziemy mieli w Poznaniu nowych mieszkań komunalnych, albo nowych piłkarzy w Lechu. Ktoś jednak stracić musi.

Specjalny serwis Lecha Poznań w Sport.pl