Lech dał plamę, ale może to naprawić

Mecz Lecha Poznań z Interem Baku można porównać do wypadku samochodowego. Na szczęście nikomu się nic nie stało, wszyscy są cali i zdrowi, ale szok i trauma została -
Wystarczyło popatrzeć na twarze widzów na Bułgarskiej, posłuchać tego, co krzyczeli, by zorientować się, jakie emocje nimi targały. Protesty i gniew pomieszane z chęcią pomocy swej drużynie. Wstyd i zażenowanie wymieszane z poczuciem ulgi, gdy Lech rzuty karne z Azerami wygrał.

- A z Wisły się śmialiśmy, gdy grała z Levadią - można było usłyszeć. Faktem jest, że Lech Poznań miał być inny niż pozostałe polskie kluby, co rusz zaliczające wpadkę w europejskich pucharach z miernotami z obrzeży Europy. "Kolejorza" budowano z myślą o innej, wyższej jakości. I "Kolejorz" tą inną, lepsza jakością był. Dwa lata temu dobrą grą w pucharach zelektryzował nie tylko Wielkopolskę, ale i cały kraj. Za tą podnietą szły konkretne zyski klubu - chociażby napływ nowych sponsorów. Każdy z nich mówił: - Powodem naszego wejścia do Lecha jest towarzyszące mu ogromne zainteresowanie ze strony kibiców oraz fakt, że udanie pokazuje się on w Europie.

Mistrzostwo Polski jest dla Lecha i jego kibiców sprawą niezwykle ważną, wyczekiwaną przez lata. To jednak europejskie puchary stanowią największy egzamin dla zespołu, wyznacznik jego jakości i faktycznej siły na tle Europy. Są też podstawą budżetu, marketingu, całej polityki.

Z tego punktu widzenia wydarzenia środowego wieczoru i wstyd, jaki towarzyszył występowi Lecha przeciwko Interowi Baku, powinny być przyczynkiem do głębszej refleksji niż tylko rozważań nad tym, kto popełnił jaki błąd, kto zagrał lepiej czy gorzej. W środę pod znakiem zapytania stanęła wizja klubu na najbliższe miesiące. Doprowadzenie do rzutów karnych z kopciuszkiem z Azerbejdżanu było zabawą z granatem, którego wybuch mógł wszystko zepsuć.

- Teraz wszyscy najchętniej posiekaliby trenera Jacka Zielińskiego, bo on jest alfą i omegą i za wszystko odpowiada - mówi były piłkarz Lecha Jarosław Araszkiewicz, obecny na meczu z Interem Baku. - A to nieprawda, bo nie za wszystko. Do takich zmagań zespół powinien przygotować sztab ludzi, od skautów i załatwiających transfery począwszy po sztab medyczny i fizjologów odpowiedzialnych za brak kontuzji skończywszy.

Tymczasem pod koniec meczu z Interem Baku za utykającego Artura Wichniarka trener Zieliński musiał wpuścić prawego pomocnika Jacka Kiełba, bo Krzysztof Chrapek i Tomasz Mikołajczak nie byli zdolni do gry, a innych napastników nie ma. - A stadion krzyczał "Peszko, Peszko!", jakby jeden piłkarz Lecha miał wszystko zmienić, o wszystkim zadecydować - mówi Araszkiewicz, który był jednym z uczestników słynnych rzutów karnych z FC Barceloną w Pucharze Zdobywców Pucharów w 1988 r. Lech je przegrał, ale karne te wspominane są miło i chętnie, jako przykład na to, że niedoceniany klub z Poznania był o krok od wyeliminowania wielkiej firmy. Wygrane karne z Interem Baku są parodią tamtych. Lech je wygrał, ale już sam fakt, że do rzutów karnych z mistrzem Azerbejdżanu doszło jest zawstydzający i niepokojący przed meczami ze Spartą Praga.

- Mecz meczowi nierówny i za kilka tygodni Lech może już wyglądać zupełnie inaczej - mówi Jarosław Araszkiewicz. Sęk w tym, że starcie ze Spartą jest już we wtorek. - Może lepiej, że "Kolejorz" teraz ma pod górkę. Może to jednak zaowocuje czymś dobrym w kolejnych rundach - dodaje były piłkarz.

Lech bowiem skompromitował się jak Wisła Kraków rok temu w meczach z Levadią. Ma jednak nad nią tę przewagę, że awansował i może to wszystko jeszcze naprawić. Wisła takiej szansy już nie miała.



Zajrzyj na specjalny serwis mistrzów poświęcony Lechowi Poznań