Lech grał w Baku słabo. I co z tego?

Felieton na temat pierwszego meczu eliminacji Ligi Mistrzów
O wiele rzeczy można się tego lata Lecha Poznań czepiać - że zmarnował to okno transferowe, że zrobił sobie z gęby cholewę zatrudniając Artura Wichniarka, że robi ostatnio błędy w obronie, jakich nie robił bodaj przez całą mistrzowską wiosnę 2010 r. Nie ma jednak sensu wypominanie mu, że zagrał przeciętny, nawet bardzo przeciętny mecz z Interem Baku.

Oszczędność jest chyba najlepszym słowem, które opisuje postawę "Kolejorza" w Baku i dobrze współgra z całą jego postawą tego lata. Bo przecież Lech w miejsce sprzedanego za nieosiągalne dotąd dla nikogo w Polsce pieniądze Roberta Lewandowskiego zatrudnił tylko Jacka Kiełba (za 1 mln zł) i Artura Wichniarka (za darmo). Nawet jeśli teraz sprowadzi ze dwóch Tshibambów i Mendozów, to i tak kibice "Kolejorza" będą słusznie rozgoryczeni brakiem aktywności Lecha na rynku transferowym. Jak na klub, który miał całość pieniędzy za Lewandowskiego przeznaczyć na nowe transfery, mistrzowie Polski są faktycznie nader oszczędni.

Na dodatek postąpili ryzykownie - pojechali do Baku na mecz z Interem, z zespołem niedostatecznie wzmocnionym. Pojechali zakładając, że Azerowie prawdopodobnie są słabi i jakoś się ten mecz wygra. Założenie było ryzykowne, ale okazało się... zupełnie słuszne.

Teraz w Polsce w modzie jest prześciganie się w opiniach i utyskiwaniach, jaki to słaby ten polski futbol, jak to nie możemy czuć się faworytami w żadnym starciu, bo przecież nie z takimi zespołami polskie kluby się ostatnio kompromitowały i odpadały. Owszem, polski futbol nie ma się dobrze i nasze kluby nie są potentatami, ale mecz w Baku pokazał, że nie warto w tej kwestii przesadzać.

Inter Baku okazał się bowiem zespołem drastycznie słabszym od Lecha i pod tym względem niewiele się różnił od Chazara Lenkoran, którego "Kolejorz" ograł dwa lata temu w podobnych okolicznościach. Owszem, Azerowie i ich trener mówią o braku szczęścia, o niesprawiedliwym wyniku. Mylą się, chociaż trudno mieć o to do nich pretensje. Świadomość, że grający na pół gwizdka Lech nie miał większych kłopotów, by wygrać, nie jest bowiem miła dla gospodarzy.

Lech grał na pół gwizdka z wielu powodów - choćby z powodu upału, stanu przygotowań swoich piłkarzy, wreszcie z powodu najważniejszego - niskiego poziomu, jaki prezentowali rywale z Baku.

Trenerów i piłkarzy Lecha wiąże kurtuazja. Ja po obejrzeniu w Baku piszę wprost: Inter to drużyna bardzo słaba, pospolite ruszenie, które w koncertowy sposób psuło niemal każdą swoją akcję i nie stworzyło żadnego realnego zagrożenia dla "Kolejorza". Jeśli więc stawia mu się zarzut, że zagrał ospale i kiepsko, to warto też zapytać: a czy musiał grać inaczej, by wygrać? Mistrzowie Polski utrzymywali się przy piłce. Gdy ją mieli, robili niemal, co chcieli. Wiedzieli, że rywal nie jest groźny, że kopie się po głowie, że po prostu niewiele umie. Lechici wygrali z nim bez większych komplikacji.

Na grę w lipcowych pucharach pomysły są dwa. Można jechać na nie siłą rozpędu z poprzedniego sezonu, jak Ruch Chorzów. Można też zaryzykować, budując formę nie na lipiec, a na kolejne miesiące i licząc się z tym, że te lipcowe mecze mogą być słabsze. Na to zdaje się postawił Lech Poznań. Zaryzykował, bo wysoka forma i wielkie mecze potrzebne będą później.

Z Interem Baku lepiej grać nie musiał.



Czytaj na specjalnym portalu poświęconym Lechowi Poznań