Lech musi poszukać wzmocnień głównie za granicą

Jacek Kiełb i Artur Sobiech, ewentualnie w pakiecie z Maciejem Sadlokiem, to wszystko, co Lech Poznań może wycisnąć z polskiego rynku transferowego. Mało. Zostają Białoruś i Bałkany.
Dyrektor sportowy Lecha Marek Pogorzelczyk obserwuje w Austrii piłkarzy białoruskich klubów, zwłaszcza typowanych do gry w "Kolejorzu" - to napastnik Maksim Skawysz, pomocnik Igor Stasewicz czy obrońca Igor Szitow. W grę wchodzi Witalij Rodionow, który raz mówi, że mistrzostwo i rozmowy z Siergiejem Kriwcem przekonały go do przyjścia do Polski, to znów, że gra w polskiej lidze go nie interesuje. Właściciel Lecha Jacek Rutkowski oświadczył, że tematu Rodionowa już nie ma.

Lech musi jednak szukać na Białorusi, bo to jeden z tych nielicznych krajów, które nie są jeszcze przebrane przez kluby zachodnie. Podobnie jak Serbia i Czarnogóra. Niepokojący dla "Kolejorza" jest już jednak fakt, że krajowa konkurencja - Legia, Wisła, a ostatnio Polonia Warszawa - szukają także tam. Lech ma, oczywiście, argumenty: mistrzostwo Polski, walka o Ligę Mistrzów, atmosfera w Poznaniu i fakt, że tutaj każdy piłkarz błyskawicznie staje się gwiazdą. Wygląda jednak na to, że konkurencja ma zamiar płacić więcej.

Jeśli Legia kupi Ivicę Vrdoljaka z Chorwacji, pęknie granica 1 mln euro wydanego na transfer przez polski klub. Polonia Warszawa ekscentrycznego prezesa Józefa Wojciechowskiego już zapowiada, że rządy Lecha potrwają tylko rok. Polonia wkracza na rynek transferowy z pieniędzmi. Skupuje, przepłaca, "psuje rynek" - jak mówią w Poznaniu. Wypycha jednak Lecha z Polski.

Stanowisko Lecha się nie zmienia - nie płacimy wygórowanych cen, nie tworzymy kominów płacowych dla piłkarzy (stąd upadek pomysłu sprowadzenia do Lecha Dawida Nowaka z GKS Bełchatów). Podejście sensowne, acz mocno ryzykowne w perspektywie celów, jakie stoją przed Lechem.

Lechowi pozostaje stosować w tej sytuacji sprawdzoną taktykę "urabiania piłkarzy na Poznań", doprowadzenia do sytuacji, w której będą przekonani, że to właśnie tutaj chcą grać. Wypisz, wymaluj taktyka, jaką wobec Roberta Lewandowskiego zastosowała Borussia Dortmund, co zmusiło "Kolejorza" do odrzucenia w sumie wyższych ofert na piłkarza, choćby z Blackburn Rovers czy PSV Eindhoven.

Artur Sobiech z Ruchu Chorzów jest takim właśnie urobionym piłkarzem, reprezentowanym jeszcze przez poznańskiego menedżera Radosława Osucha (podobnie jak Jacek Kiełb z Korony Kielce czy Tomasz Jodłowiec z Polonii Warszawa). Sęk w tym, że kupić go można tylko w pakiecie z Maciejem Sadlokiem. Ruch chce za nich 7 mln zł. Wisła Kraków ponoć daje 5 mln. Ponoć, bo mało prawdopodobne jest, aby była to prawda. Lech natomiast złożył ofertę na Sobiecha w wysokości 2,5 mln zł. Sadloka kiedyś chciał, teraz nie chce. Czy zmieni zdanie, by mieć następcę Lewandowskiego, jakim ma być Sobiech?

Problemem Lecha jest to, że pamięta, ile zapłacił Zniczowi Pruszków za Lewandowskiego (1 mln zł). Sobiech miałby być dwa i pół raza droższy? Na jakiej podstawie? - pytają w Poznaniu.

Pewnie na takiej, że dziś już wiadomo, że 1 mln zł za takiego gracza można szybko zamienić w Lechu na 20 mln zł.

Więcej o Lechu w nowym serwisie poświęconym Kolejorzowi