Sport.pl

Lech Poznań bije Śląsk i goni Wisłę

- Kiedy dowiedzieliśmy się, że Wisła przegrała z Koroną, aż się w nas zagotowało - mówią piłkarze Lecha Poznań, którzy poczuli swą szanse i bezdyskusyjnie rozbili Śląsk we Wrocławiu aż 3:0. - Pogłoski o mojej smierci sa przedwczesne - komentuje trener ?Kolejorza? Jacek Zieliński.
Niedziela, 2 maja. Sędzia Robert Małek z Zabrza gwiżdże po raz ostatni. Na tablicy wyników we Wrocławiu imponujący wynik: "Śląsk - Lech 0:3!". - Mistrz, mistrz, Kolejorz! - krzyczą kibice, dla których tak pokaźna wygrana na terenie jednego z ważniejszych rywali ligowych to wielka przyjemność.

Śląskowi udawało się w historii pojedynków z Lechem wygrywać tak wysoko w Poznaniu (1964 i 1979 r.), ale "Kolejorz" - mimo iż we Wrocławiu wygrywał zaskakująco często - nigdy nie pokonał Śląska na jego terenie w takich rozmiarach.

Piłkarze Lecha biegną podziękować za doping kibicom Lecha, którzy przybyli do Poznania, a po drodze szczególnie mocno poklepują Dimitrije Injaca. To Robert Lewandowski strzelił Śląskowi dwa gole i tym samym przełamał swoją ostatnią niemoc strzelecką i w imponującym stylu wrócił do walki o korone króla strzelców (choć hat-tricka we Wrocławiu nie zdołał ustrzelić). jednakże niemal wszyscy zgodnie przyznają, że bramka Dimitrije Injaca była nie tylko najpiękniejsza, ale i najważniejsza w tym meczu. Serb strzelił ją zaraz na początku drugiej połowy, po zaledwie kilkudziesięciu sekundach i tak składnej akcji Lecha, jakiej ten w pierwszej połowie nie przeprowadził. Akcja zakończyła się potężnym strzałem Injaca, który nie zdobywa goli zbyt często, ale jeśli już je strzela, to są one ... po prostu imponujące.

Ten gol złamał drużynę Śląska Wrocław, o której grze jej trener Ryszard Tarasiewicz powiedział potem po meczu, iż nie była wcale zła. I że z innym rywalem, np. z Piastem Gliwice - z całym szacunkiem do tego zespołu - powinna wystarczyć do wygranej i utrzymania się w lidze, które po porażce z Lechem wcale nie jest takie pewne.

Faktem jest, że Śląsk zaczął mecz znakomicie. W pierwszym kwadransie zdominował nawet Lecha, a przez całą przegraną połowę utrzymywał dobry styl. Stwarzał więcej okazji, choć to jednak te Lecha były groźniejsze. Znamienna rzecz w tym meczu - Śląsk grał, Lech strzelał, bo to "Kolejorz" ma lepszych piłkarzy i to oni stwarzają większe zagrożenie. Lech, jak to często zwykł robić w tym sezonie, nie szturmował rywala, nie tłamsił go, nie miażdżył niczym czołg. Znosił natrętne ataki Śląska, oddawał mu pole, jakby prowokując perwersyjnie, by po chwili zgasić wrocławian golem po rzucie wolnym. Siergiej Kriwiec podał, a Robert Lewandowski głową wepchnął piłkę do siatki. Była 22. minuta i przypomniał się mecz Śląsk-Lech rozegrany niemal dokładnie rok temu w tym samym miejscu. "Kolejorz" wygrał wtedy 2:0 po najlepszym swym meczu rundy wiosennej. Tym razem Lech grał znacznie lepiej niż z Lechią, ale bynajmniej nie był to jego najlepszy mecz tej wiosny. Nie był to nawet w ogóle dobry mecz. Póki co jednak, jak się okazało.

Czas bowiem pracował na rzecz Lecha. Powoli, acz systematycznie, zbliżając Śląsk do nieuchronnego i przykrego dla niego końca tego spotkania. Całej ambicji i zaangażowaniu wrocławian Lech przeciwstawił pewien oparty na wierze we własne umiejętności (całkowicie uzasadnionej!) cynizm w grze. Wszelkie koncepcje, iż "Kolejorz" bez (pauzującego za kartki) Semira Stilicia nie da sobie rady, a już na pewno nie, gdy na dodatek zabrakło jeszcze (kontuzjowanego) Tomasza Bandrowskiego nie znalazły pokrycia w faktach. - A kto powiedział, że nie ma lecha bez Stilicia? - pytał retorycznie po meczu trener Jacek Zieliński. Także brak Jasmina Buricia (też kontuzja) nie miał znaczenia. Lech i tak robił swoje, tj. bił Śląsk mocno i dotkliwie pojedynczymi, ale celnymi i odbierającymi siły ciosami.

Ten drugi Injaca był brzemienny w skutki. Od tej pory Śląsk przestał wierzyć w sukces, a Lech przestał mieć co doniego wątpliwości. Zadzaiałała psychologia. Siergiej Kriwiec, który grał bardzo źle przed przerwą, z każda chwila wyglądał na murawie coraz lepiej. Świetny mecz rozgrywał Ivan Djurdjević. To on wraz z Bartoszem Bosackim miał najbardziej profesroskie interwencje. Rozkręcał się kontuzjowany do niedawna Jakub Wilk, choć przecież miał być gotowy do gry najwyżej na 45 minut. - Sił jednak wystarczyło - powiedział Wilk, który ostatecznie zszedł z boiska dopiero w 80. minucie. - Mógłbym grać do końca - powiedział, choć przyznał, że powodem takiego samopoczucia mógł być nagły wystrzał adrenaliny. - Niewykluczone, że jutro będę umierał, ale dziś mogłem grać i grać.

Wynik nakręcał poznaniaków. Kontra z bramką na 3:0 była ezgekucją Śląska i akcją popisową "Kolejorza". Sławomir Peszko z asystą, Robert Lewandowski z bramką - toż to kwintesencja siły ofensywnej poznańskiej drużyny. Akcja, do której można by śmiało dokleić metkę z napisem "Made in Lech Poznan".

Po katastrofalnym początku meczu, najpierw złej, a potem tylko kiepskiej pierwszej połowie, wreszcie po bardzo dobrej i bezlitosnej drugiej części Lech rozbił gospodarzy aż 3:0. Zrobił to, co robi przez całą wiosną - bez galaktycznej gry, wykorzystał swoje atuty. W myśl zasady: "nie styl się teraz liczy, a punkty".

Kibice Lecha Poznań żądają jednak także efektownej gry, stąd ich ostatnie protesty. Trener Jacek Zieliński mówi o nich tak: - Każdy kibic chce, aby Lech grał nie tylko skutecznie, ale i pięknie. My jednak też do tego dążymy. Jesteśmy po tej samej stronie, mamy ten sam cel. Choć ostatnie protesty były dla mnie zagadkowe, to jednak mecz we Wrocławiu to chyba dobra okazja, by poszły w zapomnienie.



Więcej czytaj na specjalnym serwisie poświęconym Lechowi Poznań