W Krakowie jak w Brugii

Lech Poznań miał w Krakowie szansę na to, by zlikwidować niemal całą stratę do Wisły Kraków i postawić ją w trudnej sytuacji przed finiszem ligi. Nie zrobił tego, nie pokazał nawet, że miał taki zamiar.
- Przyjechaliśmy tu po trzy punkty - powtarzali po meczu z Wisłą piłkarze "Kolejorza". Może i tak, tylko dlaczego jako drużyna zrobili tak niewiele, by faktycznie zgarnąć pełną pulę na boisku lidera?

Nie można pominąć wydźwięku takiego ewentualnego zwycięstwa - oto pretendent po raz drugi w sezonie wygrywa z mistrzem i to na jego terenie. To byłoby coś, co napędziłoby Lecha na ostatniej ligowej prostej. Na dodatek musiałoby wprowadzić zamęt w szeregi Wisły, która w żadnym z pięciu ostatnich meczów nie mogłaby sobie pozwolić na jeden fałszywy krok. Nie pozwalałby jej na to zaledwie punkt przewagi nad Lechem. Dziś ma taki komfort - może się potknąć bez konsekwencji.

A zatem Wisła ma to, czego chciała - nie pozwoliła Lechowi zbliżyć się do siebie. Przed decydującymi kolejkami wszystko jest w jej rękach. Widać było w sobotę, że na tym krakowianom zależało najbardziej. Nie mieli w planach żadnych nieprzemyślanych ataków, zbędnego ryzyka, broń Boże odkrycia się. Od początku nastawili się na przeszkadzanie Lechowi i świetnie ten cel realizowali. Pod względem taktycznym trener Henryk Kasperczak rozegrał sprawę znakomicie.

Pewnie jest tak, że gdyby to Lech był w podobnej sytuacji, na Bułgarskiej nie mógłby sobie pozwolić na tak pasywną grę. Co innego Wisła i stadion Hutnika. Może pojedynczy kibice na Suchych Stawach kręcili nosem na marny poziom hitu ligowego. Nie było jednak żadnych gwizdów, buczenia czy okrzyków, którymi widownia okazywałaby zdegustowanie tym, co działo się na murawie.

Wisła nie miała więc żadnego powodu, by rzucić się na Lecha. Za to ten miał ich przynajmniej kilka. Lechici stanęli w sobotę przed możliwością, by zwiększyć swoje szanse na tytuł. Nie w meczach z ligową czołówką je ograniczyli, bo przecież brakujące dziś punkty pogubili ze słabeuszami. Spośród sześciu ostatnich drużyn ligi punktów nie odebrała lechitom tylko Korona Kielce. Pozostałe zespoły odebrały mu aż 12 pkt! W to jedno sobotnie popołudnie poznaniacy mieli szansę puścić ten smutny bilans w niepamięć.

Nie można powiedzieć, że zabrakło ambicji. Taki Sławomir Peszko włożył w to spotkanie nie mniej sił niż w każde inne. Biegał, walczył, strzelał, podawał... Jemu i jego kolegom z pewnością nie zabrakło też motywacji. O tym, jak bardzo byli pobudzeni, świadczyła choćby sytuacja z Sewerynem Gancarczykiem, który aż sczerwieniał ze złości, gdy dostał - zupełnie słuszną - żółtą kartkę.

Problemem Lecha w sobotę było to, że energia jego piłkarzy nie przerodziła się w werwę. Taką, która nakazuje zawodnikowi walczyć o zwycięstwo za wszelką cenę. Nawet jeżeli poznaniacy wyszli na boisko z takim nastawieniem, to dość szybko zostali sprowadzeni na ziemię. Agresywna gra Wisły w drugiej linii pozbawiła Lecha możliwości gry w ulubiony przez niego sposób. Trener Jacek Zieliński nie zrobił później niczego, co wskazywałoby, że rzeczywiście chce walczyć o całą pulę. Bardziej aktywny w pierwszej połowie Lech przystał na warunki Wisły i niejako poddał się. W poznańskiej ekipie nie było lidera, który poderwałby kolegów. Manuel Arboleda sporadycznie przekraczał połowę boiska, a pamiętamy, że w kryzysowych sytuacjach nieraz rozpoczynał rajdy pod bramkę przeciwnika. Zwyciężył minimalizm - lepiej nie przegrać, bez ryzyka, niż otworzyć się i liczyć się z tym, że w przypadku niepowodzenia losy tytułu będą rozstrzygnięte.

Pod tym względem Lech z Krakowa przypominał Lecha z Brugii. Tam "Kolejorz" nie chciał pamiętać, że najlepszą obroną jest atak i oddał inicjatywę rywalom. Jakby nakrył głowę rękami i liczył, że może żaden cios przeciwnika go nie dosięgnie. Tłumaczenie, że zawsze trafi się jakaś sytuacja i trzeba ją wykorzystać, było tylko usprawiedliwianiem własnej bojaźni. W Brugii Lech miał czego bronić, w Krakowie - nie. Musiał więc stworzyć tyle sytuacji, ile trzeba, żeby zdobyć zwycięskiego gola. Gdyby faktycznie miał tych okazji kilkanaście, a je zmarnował, to byłaby inna sytuacja. A tak, najładniej grający zespół w lidze, wychwalany przez wszystkich i typowany na mistrza, w kluczowym meczu porzucił swój styl, pozbył się swojej najpotężniejszej broni. Oby finisz ligi nie ułożył się tak, że właśnie tego zwycięstwa z soboty zabraknie Lechowi do tytułu.



czytaj też na specjalnym portalu poświęconym Lechowi Poznań