Gwiazda Lecha: Nigdy nie grałem w takiej drużynie jak "Kolejorz"

Siergiej Kriwiec w rozmowie z UEFA.com opowiada o powodach swojego przejścia do Lecha Poznań i o tym, jak dalej widzi swoją karierę.
Fachowcy uważają pana za znakomitego piłkarza, dlaczego więc zdecydował się pan na Lecha Poznań, a nie do bardziej atrakcyjnego klubu czy ligi?

Siergiej Kriwiec: Lech był najaktywniejszy w staraniach o mnie. Złożył konkretną ofertę, która zadowoliła i mnie, i klub BATE Borysow. Z tym też klubem szybko i jasno udało się dogadać na temat sumy transferu. Spore znaczenie miały też widoki, którymi zaimponował mi Lech. Przekonałem się, że w Poznaniu na mnie poważnie liczą, że będę tu regularnie grał.

Poziom, jaki tu zastałem jest wysoki. Lech celuje w mistrzostwo kraju, w ostatnich latach wystepował w europejskich pucharach. I na dodatek całkiem nieźle. W poprzednim sezonie, na przykład, Lech nie tylko awansował do fazy grupowej Pucharu UEFA, ale jeszcze wyszedł z niej do play-off i tam dopiero uległ włoskiej drużynie Udinese.

Nie jest tajemnicą, że w Lechu łączy się z panem olbrzymie nadzieje. Daje sobie pan radę z ciśnieniem, które towarzyszy temu etapowi pańskiej kariery?

- Staram się o nie myśleć o presji. Moim zadaniem jest rzetelnie trenować i dawać z siebie wszystko. Wolę skupić się na grze i robić wszystko, co w mojej mocy, aby dobrze wypaść. Bardzo staram się nie zawieść zaufania, jakim mnie obdarzono.

Jakie ma pan wrażenia na temat miejsca, w którym pan gra? Co pana tu zwłaszcza zaskoczyło?

- Przede wszystkim - to poczucie nowości. Wszystko jest inne: zespół, sytuacja itp. Trzeba się przyzwyczaić, ale to bardzo interesujące. Z rzeczy, które mnie zaskoczyły najbardziej, wskazałbym zajęcia na rowerze treningowym. W żadnym z poprzednich moich klubów takowego nie było. Mocne wrażenie zrobiła też na mnie sama drużyna Lecha - jest bardzo międzynarodowa. Zakładałem, że w Lechu będzie 5-6 obcokrajowców. Tymczasem jest ich 10. Z Ameryki Południowej, Europy. To dla mnie także niezwykłe doświadczenie - nie grałem nigdy w tak międzynarodowej drużynie.

Jak to się stało, że dostał pan numer 10 w Lechu?

- Dowiedziałem się, że jest wolny. Poprosiłem o niego. Szefowie klubu nie odmówili, choć przez dwa i pół roku nikomu dziesiątki nie dali.

W jakim języku porozumiewa się pan z trenerem i kolegami z zespołu?

- Po polsku. Mówię po polsku na razie bardzo źle, ale całkiem dużo rozumiem. Jeśli nie mówią do mnie po polsku zbyt szybko, rozumiem 80 procent wypowiedzi. Dla Białorusina z zachodniej Białorusi język polski nie jest aż tak trudny. Bardzo przypomina mój język ojczysty. Poza tym niektórzy pracownicy klubu, zwłaszcza ci starsi, potrafią mówić po rosyjsku, przynajmniej trochę.

Cztery sezonu temu wraz z BATE zdobywał pan mistrzostwo Białorusi. Który z tych tytułów dał panu najwięcej satysfakcji?

- Każdy z nich, ale każdy w inny sposób. Trudno mi wskazać jeden najcenniejszy tytuł. Największa wartość jest taka, że te wszystkie cztery tytuły przyszły pod rząd. Ostatni tytuł zdobyliśmy go już pięć kolejek przed końcem sezonu.

Ma pan na koncie cztery mecze w reprezentacji Białorusi. Dlaczego tak mało?

- Jakoś nie było mi dotąd po drodze z reprezentacją. W pierwszej kolejności przyczyn takiego stanu rzeczy musze jednak poszukać u siebie. Weźmy wrześniowy wyjazdowy mecz z Chorwatami. Miałem w tym spotkaniu znakomite sytuacje bramkowe - dlaczego ich nie wykorzystałem?! Gdybym strzelił gola, selekcjoner Bernd Stange zaufałby mi podczas kolejnych pojedynków. A tak, cóż... Prawda jest taka, że niczego wielkiego dotąd w reprezentacji nie zdziałałem i niewiele jej dałem. Jest jednak u mnie ogromna chęć pokazania się trenerowi Stange z dobrej strony. I grać pod kierunkiem niemieckiego selekcjonera mecze w pełnym wymiarze czasowym, a nie tylko wchodzić na zmiany.

Każdy przyzna, że pański najsłynniejszy gol w karierze to ten strzelony Juventusowi w poprzedniej Lidze Mistrzów. Jak często puszcza pan sobie ten moment na wideo?

- Na początku, chcąc-nie chcąc, bardzo często wracałem do tego momentu i regularnie oglądałem powtórki. A to dlatego, że bardzo często gol był pokazywany w telewizji. Dziś jednak zapomniałem o nim. Najczęściej jest tak, że przypominam o nim sobie, gdy wspominają go inni. Samej powtórki gola już jednak bardzo dawno nie oglądałem.

Jaki zawód chciał pan uprawiać w dzieciństwie?

- Odkąd pamiętam, zawsze chciałem być piłkarzem.

Pańskie hobby, pasje?

- Interesują mnie inne dyscypliny sportu, zwłaszcza hokej na lodzie. Sam jeżdżę na łyżwach i gram w hokeja. Kiedy mieszkałem na Białorusi, w miarę możliwości chadzałem na mecze Dynama Mińsk. Poza tym bardzo lubię chodzić do kina. W wypadku literatury, chętnie czytuję rosyjską klasykę - Dostojewskiego, Turgieniewa. Oprócz tego, bardzo lubię komputerową grę "Football Manager". Często w nią grywam, zwłaszcza podczas czasu wolnego na zgrupowaniach.

Jest pan bardzo uniwersalnym piłkarzem. Może pan grać w ataku, pomocy, z prawej, lewej, w środku. Na której pozycji czuje się pan najlepiej?

- Na pozycji środkowego atakującego pomocnika. Nie znaczy to, że odczuwam jakiś dyskomfort podczas gry na flankach. Bynajmniej. To trener decyduje, gdzie jestem najbardziej przydatny. Jeśli jednak miałbym wybierać między napadem a pomocą, to najlepiej czuję się jako cofnięty napastnik.

Czy miał pan jakiegoś idola?

- W dzieciństwie zachwycałem się Ronaldo, potem - Zidanem. Dziś bardzo imponuje mi Francesco Totti - jako piłkarz, jako człowiek, jako osobowość. Niezwykłe jest jego przywiązanie do AS Romy, dla której kibiców jest on żywą legendą. Według mnie, Francesco trzeba szanować. To prawdziwy przykład dla wszystkich sportowców.



czytaj także na specjalnym portalu poświęconym Lechowi Poznań



gol, którego powtórki Siergiej Kriwiec dawno nie widział