Sport.pl

Lech wygrał po słabym meczu. Zwycięzców się nie sądzi?

Lech Poznań kontra Śląsk Wrocław - starcie dwóch drużyn, które wsparte ostatnio sporym kapitałem prywatnym miały w końcu zdetronizować Wisłę Kraków. Na pierwszy rzut oka to bardzo atrakcyjny mecz. Dlaczego zatem w sobotę we Wronkach tak wielu kibiców pragnęło, by jak najszybciej się skończył
Lech Poznań rozgrywa swe mecze we Wronkach, gdyż stadion przy Bułgarskiej jest przebudowywany na Euro 2012. W piątek dowiedzieliśmy się, że w tym roku na Bułgarską już nie wróci, a pytanie, czy uda się to na wiosnę. Na stadionie przy Bułgarskiej trwa bowiem rozstawianie gigantycznych kratownic podtrzymujących dach. Dopiero po ich ustawieniu będzie można rozłożyć murawę, a ta urośnie wtedy, gdy nie będzie przymrozków.

A we Wronkach mecze Lecha ogląda garstka ludzi. Niedawny hitowy mecz z Wisłą Kraków oglądało niecałe 3 tys. widzów; teraz na meczu ze Śląskiem Wrocław było ich jeszcze mniej - jak na zwyczajowe zainteresowanie spotkaniami "Kolejorza" w Poznaniu to naprawdę niewiele.

Pytanie, co bardziej zniechęca fanów Lecha do przyjazdu do Wronek - fakt, że to 60 km od Poznania, więc mecze te traktowane są jako wyjazdy, czy też fakt, że Lech nie gra efektownego futbolu. Zwłaszcza porównanie z zeszłoroczną grą, dzięki której poznaniacy jesienią 2008 r. odnosili sukcesy w lidze i Pucharze UEFA, wypada tragicznie.

Tej jesieni Lech wygrał cztery mecze - wszystkie po 1:0 (z FC Brugge, Odrą Wodzisław, Wisłą Kraków i Śląskiem Wrocław) i tylko mecz z wiślakami był dobry. Reszta to męcząca kopanina, którą widzowie na dodatek oglądają w coraz niższych temperaturach. W sobotę zwłaszcza w drugiej połowie od oglądania jej i od zimna bolały oczy.

Trener Śląska Wrocław Ryszard Tarasiewicz przeraził dodatkowo obserwatorów, gdy oznajmił że było to "najlepsze spotkanie Śląska; dobre, a momentami bardzo dobre", choć dodał przy tym, że "paradoksalnie". Taka ocena może wynikać z faktu, że choć Lech prowadził grę i przeważał, to jednak takich dobrych, bramkowych sytuacji bezdyskusyjnie więcej miał Śląsk, a w końcówce meczu tak przycisnął, że mógł odebrać Lechowi skromne prowadzenie. "Kolejorz" uzyskał je po rzucie karnym z 36. minuty, podyktowanym, gdy Piotr Celeban w polu karnym pociągnął za koszulkę Roberta Lewandowskiego. Wcześniej też były ku temu okazje. Już w pierwszych 10 minutach Sławomir Peszko i Robert Lewandowski byli bliscy strzelenia gola, a w 9. minucie Semir Stilić strzelił nad poprzeczką z takiego bliska, że nieliczna widownia złapała się za głowę. - Biegać, walczyć i się starać! W Lechu trzeba zapier... - wołali fani Lecha.

Był taki moment w pierwszej połowie, gdy Śląsk się wycofał i lechitom łatwiej było poklepać piłkę, wymienić więcej niż trzy podania. Kiedy jednak wrocławianie ją przejmowali, kontry były groźne, bo środek pola "Kolejorza" miał olbrzymie dziury. Świetną okazję na początku meczu miał Vuk Sotirović, a w 13. minucie dziwnym trafem spudłował Ulatowski. Sotirović był forpocztą Śląska w twardej walce z Lechem, która irytowała, ale przynosiła skutek.

Prowadzenie Lecha stało się gwoździem do trumny dla poziomu tego meczu. Od tej pory (a była to - przypomnijmy - 36. minuta) działo się już bardzo mało. "Kolejorz" przestał grać skrzydłami, w środku toczył się tylko bój o piłkę. Gry nie było. Kibice mieli czas, by skupić się na utarczkach słownych z arbitrami (zwłaszcza liniowym, którego decyzje się im nie podobały) czy swoim "ulubieńcem" Łukaszem Madejem (byłym lechitą). W 55. minucie szanse na gola miał Antoni Łukaszewicz, a potem dopiero w końcówce pojawiły się te okazje dla wrocławian. - Dlatego mecz ten pozwala z optymizmem patrzeć na dalsze mecze Śląska - orzekł trener Tarasiewicz.

Trener Lecha Jacek Zieliński nie miał złudzeń. - Ten mecz nie stał na wysokim poziomie - przedstawił ocenę, z którą trudno się nie zgodzić. - Historia spotkań Lecha ze Śląskiem pokazuje, że to zawsze są mecze zacięte. Teraz też tak było. Wiele mieliśmy sytuacji na styku, fauli i walki. Pięknej gry było mniej.

- Zwycięzców jednak się nie sądzi - dodał trener Zieliński.





Powołany, czyli Gancarczyk kontra Gancarczyk

- Jedziemy sobie na zgrupowanie autokarem, a tu nagle Antek Łukasiewicz bierze mikrofon do ręki i ogłasza na cały autobus, że zostałem powołany. Pomyślałem, że jaja sobie ze mnie robi - opowiada Janusz Gancarczyk ze Śląska Wrocław, nowy kadrowicz w zespole Franciszka Smudy.

Gdy Smuda trenował jeszcze Lecha, miał już Gancarczyka na oku. Zapewne wtedy znalazł się on w jego notesie. - Moja forma idzie teraz w górę, więc jestem dobrej myśli - mówi Gancarczyk. - Słyszałem, że trener Smuda nie daje drugiej szansy, więc mam zamiar bardzo się postarać w listopadowych meczach reprezentacji.

W meczu z Lechem Janusz Gancarczyk zmagał się często z innym powołanym. Sewerynem Gancarczykiem. Choć piłkarski ród Gancarczyków jest w Polsce liczny, to akurat piłkarz Lecha do niego nie należy. - Była taka sytuacja, gdy Seweryn robił na mnie wślizg. Gdybym wtedy dziabnął piłkę, mielibyśmy dobrą sytuację - wspomina jeden z takich pojedynków Janusz Ganczarczyk. - Ale i tak mieliśmy więcej okazji niż Lech, a trener Tarasiewicz pochwalił nas po meczu za walkę.





Niepowołany, czyli liczę na szansę

Jakub Wilk z Lecha Poznań to piłkarz, który wypłynął na szerokie wody m.in. dlatego, że trener Smuda zaczął na niego ostro stawiać w "Kolejorzu". Dzięki temu Wilk znalazł się w kadrze. Teraz jednak, gdy Smuda został selekcjonerem, zabrakło go w powołaniach.

- Liczę na to, że nie jest to sztywna, ustalona już grupa kadrowiczów - mówi Wilk. - Trener Smuda ma zamiar rozgrywać wiele spotkań towarzyskich i myślę, że chce sprawdzić więcej piłkarzy niż obecni powołani. I że da szansę takim jak ja. Muszę jednak dobrze grać w Lechu, to warunek.

Wilk podzielał po meczu zdanie, że pojedynek ze Śląskiem nie był dobry. - Za jakiś czas jednak nikt nie będzie pamiętał, w jakim stylu zdobyliśmy te trzy punkty. Wiśle też nikt nie pamięta słabych meczów. W pierwszej połowie było dobre tempo, a po przerwie mieliśmy wiele strat i stąd taki poziom.