Sport.pl

Macedonia wielka jak jej król Aleksander

Wiele sympatii zyskali w Poznaniu kibice i koszykarze Macedonii. Toteż ich wczorajsze zwycięstwo nad Izraelem 82:79 zostało przyjęte z aplauzem przez niezbyt licznych polskich kibiców w Arenie
Kasa biletowa przed halą Arena mieści się w małej przyczepie kempingowej. Na niej kartka "bilety na Eurobasket. 60 zł, 80 zł, 120 zł", przy czym 80 zł już skreślono. - Do kas spływają bilety, które nie sprzedały się w internecie. Dlatego jeszcze je mamy, ale akurat nie na dziś. Na dziś zostało już tylko 200 sztuk - mówi pani kasjerka.

Trochę to dziwne, bo na trybunach podczas pierwszego meczu wczorajszego dnia, między Macedonią a Izraelem kibice wypełnili halę może w połowie. Brak zainteresowania mistrzostwami czy też w ogóle brak informacji o meczach odbywających się w Arenie to podstawowy zarzut do organizatorów poznańskiej edycji EuroBasketu.

Kilkanaście osób ma na sobie flagi z gwiazdą Dawida i kibicuje Izraelowi. Przyjechali bez biletów, ale bez kłopotu kupują je w kasie.

Ori Gover to młody mieszkaniec miejscowości Rechowot pod Tel Awiwem. W Polsce jest pierwszy raz w życiu. - Rzeczywiście, nie zauważyłem, aby miasto żyło tymi mistrzostwami - mówi, ale do organizacji EuroBasketu w Poznaniu ma znacznie więcej zastrzeżeń. - Zacznę od hali. Jest po prostu fatalna. Bardzo stara, zaniedbana i mała. Parkiet koszykarski jest daleko od trybun. Źle się ogląda mecze, a na dodatek jest gorąco.

To nie wszystko. - Hotel, w którym śpią zawodnicy, nie jest zbyt wysokiej jakości. Wiem, co mówię, bo tak się składa, że zatrzymałem się w tym samym hotelu. I nie jestem zadowolony - dodaje Ori, naciągając na plecy izraelską flagę. - Nie jestem nowicjuszem na takiej imprezie. Byłem na mistrzostwach Europy w Hiszpanii dwa lata temu i, przykro mi to mówić, ale tam było to znacznie lepiej zorganizowane.

Kibic Izraela rozkłada ręce. - Nie mówię o samym mieście Poznaniu, bo wygląda na sympatyczne. Sporo jest tu do robienia, wiele knajpek i restauracji. Nie wiem tylko, dlaczego tak szybko je zamykają. Nieważne jednak, bo my przyjechaliśmy tu oglądać koszykówkę, a nie chodzić po knajpach.

A co z komunikacją w języku angielskim, która w Poznaniu jest - zdaniem izraelskich dziennikarzy - tak zła? - Nie, to przesada. Nie ma z tym problemu. Polacy znają angielski. Jedni lepiej, inni słabiej, ale skomunikować się zawsze jakoś możemy. Tu nie mam żadnych zastrzeżeń - uważa Ori.

Nie wiadomo jak po wczorajszym meczu, ale rzesza macedońskich kibiców też zarzekała się dotąd, że przyjechali tu dla koszykówki, a nie dla zwiedzania czy odwiedzania knajpek. - Polska jest dla nas droższa niż nasz kraj, ale z drugiej strony tańsza niż wiele krajów Europy. Na razie spędzamy wolny czas w Poznaniu, chodząc na mecze i pijąc trochę piwa. Na zwiedzanie przyjdzie jeszcze czas - mówią.

Co ciekawe, na wczorajszym meczu z Izraelem fanów Macedonii stawiło się mniej niż pierwszego dnia, gdy było ich w Arenie ponad 600. Gdzie się podziali? - Nawet nie wiemy, ilu nas jest - mówi blondwłosa Macedonka Maja, która do Poznania przyjechała z dzieckiem. - Może 500, może 1000. W każdym razie kobiet jest około setki .

Obok niej na ławeczce na mecz czekają dwie jej koleżanki. Też w czerwono-żółtych barwach. I też z dziećmi. - Niektóre z nas to żony zawodników, ale tylko niektóre. Po prostu większość macedońskich kobiet kocha sport i kibicuje tak samo chętnie jak mężczyźni. A nade wszystko większość macedońskich kobiet kocha Macedonię i to jest najważniejsze. Dlatego jeździmy na mecze.

Maja zapala papierosa i zakłada nogę na nogę. - Tak, poniedziałkowy mecz z Grecją był polityczną manifestacją, zgadzam się. Proszę jednak pamiętać, że Grecja dopuściła się rzeczy niesłychanej. Zabroniła nam, wolnemu krajowi, używać nazwy naszego państwa. Zabroniła światu mówić "Macedonia". Nakazała mówić "FYROM" [Former Yugoslav Republik of Macedonia, czyli Była Jugosłowiańska Republika Macedonii - przyp.red.]. A najgorsze jest to, że wolny świat się na to zgodził. Jak to możliwe?!

Koleżanka przytakuje głową. - Jesteśmy tu także po to, aby wszystkich przekonywać, by nigdy, przenigdy nie używali nazwy "FYROM", bo to obraża wolnych ludzi. Aby nie słuchali Greków.

Zapytana jednak o to, kto zostanie mistrzem Europy, Maja odpowiada bez wahania: - Bez wątpienia Grecja. Jest najlepsza. Nie kibicujemy jej, ale jest najlepsza. Druga będzie Serbia. Trzecia może Macedonia? Bardzo bym chciała. Nasza wysoka porażka z Grecją była wynikiem tremy i stresu, spowodowanego tym, że to był tak prestiżowy mecz. No i Grecja jest bardzo dobra w koszykówkę. Macedonia ma jednak dobrą drużynę. Zapewniam. Z Izraelem wygramy.

Ori Gover w swój zespół tak nie wierzy. - O nie, na medale nie mamy szans. Jeśli wygramy z Macedonią, to już będzie dobrze. Dla mnie faworyt numer jeden do złota to Grecja. Turcja też nieźle wygląda. Polska ma dobry zespół, ale na ćwierćfinał - mówił, jeszcze zanim okazało się, że Polacy w wielkim stylu we Wrocławiu wygrali z Litwą, co na telebimie koło Areny oglądała spora grupka polskich kibiców.

Macedonia pokonała Izrael 82:79, ale po meczu pełnym dramaturgii. Ci Polacy, którzy przyszli do Areny go zobaczyć, nie żałowali. Macedończycy prowadzili niemal przez cały mecz, ale pod koniec czwartej kwarty postawiony pod ścianą Izrael ruszył na nich ostrym pressingiem. Odrobił sięgające już dziewięciu punktów straty. Na 35 sekund przed końcem przegrywał już tylko 76:77 i Arena tętniła emocjami. Przydała się wtedy ta przewaga na trybunach kibiców macedońskich nad izraelskimi. Dwukrotnie dochodzący rywali Izrael źle wznawiał piłkę i tracił ją - ostatni raz przy 79:81, przy trzech sekundach do końca. I okazało się, że zarówno Ori, jak i Maja mieli rację.

W drugim, wieczornym spotkaniu typowana przez nich do złota Grecja starła się z Chorwacją i wygrała 76:68. Mecz ten obserwował m.in. Giorgios Vassilakopoulos, szef FIBA Europe. Greków wspierała około 100-osobowa grupka fanów. Chorwatów jest w Poznaniu nieco więcej - ok. 150. Poza swoim zespołem wspierali też wczoraj Macedonię. - Reszta przyjedzie na drugą rundę do Bydgoszczy, bo na razie są na Wembley, na meczu piłki nożnej z Anglikami. A na Bałkanach jest taki zwyczaj, że jeździ się za drużyną narodową na każdy sport. Nie tylko na futbol - mówią Chorwaci.