Sport.pl

Masz już blog? Dodaj wpis po zalogowaniu.

Załóż swojego bloga

15.09.2014 21:30

Brutto czy netto?

Minęły długie miesiące, od kiedy ostatni raz napisałem coś na swoim blogu. Długo zastanawiałem się nad tym, co by tu „spłodzić”. Pomysłów było kilka, ale dziś doszedłem do wniosku, iż wrócę do tego, co czytaliście najchętniej. Mowa o anegdotkach. Jeszcze kilka zostawiłem sobie na później, choć kolejne teksty na moim blogu (przynajmniej najbliższe) nie będą już dotyczyć Warty.

Opisałem już kilka zabawnych sytuacji dotyczących trenerów, z którymi miałem okazję pracować. Wielu z Was chciało przeczytać podobne anegdotki związane z zawodnikami. Miałem z tym trudny orzech do zgryzienia – z jednej strony śmiesznych sytuacji pamiętam co nie miara, z drugiej jednak część piłkarzy mogłaby nie życzyć sobie, aby przytaczać te historie. Ostatecznie tylko w jednym przypadku z premedytacją nie podaję konkretnie, o kogo chodzi.

Zima. W swoim mieszkaniu w grupie innych piłkarzy Warty siedzi jeden z czołowych zawodników drużyny. Od lat wiadomo, że życiowa zaradność i ogólne (uwaga, modne słowo) „ogarnięcie” nie są jego atutami.

Otóż dzwoni telefon tego zawodnika. Okazuje się, że to z Miedzi Legnica.

- Chcemy Cię. Ile Ty masz w tej Warcie? Ile byś chciał u nas dostawać?

- Dwadzieścia – odpowiada. Według relacji świadków, rzucił tę kwotę jakby mimochodem, bez zastanowienia.

- Sporo. Ale netto czy brutto?

Po dłuższej chwili przedstawiciel klubu z Legnicy usłyszał wyczerpującą i rzeczową odpowiedź.

- A, mi to tam jeden ch*j.

Późna jesień, trening przed jedną z ostatnich ligowych kolejek. Przemek Otuszewski trenuje wykonywanie rzutów rożnych. To utrudnione, bo w narożniku boiska jest spore błoto i trudno znaleźć choćby kilka źdźbeł trawy. Kilka prób z rzędu kończy się nie za dobrym dośrodkowaniem.

Do „Otucha” podchodzi trener.

- K***, Przemo, ustaw sobie piłkę gdzieś, gdzie nie ma błocka! O, tutaj! No ja p**lę, to takie trudne?

- Ale jest jeden problem i bez sensu, żebym stąd kopał – mówi ze stoickim spokojem były już obrońca Warty. – Tutaj na meczu będzie chorągiewka.

Był kiedyś przy Drodze Dębińskiej taki zawodnik, jak Goran Antelj. Napastnik, którego ktoś w serbskich mediach nazwał nawet „Bałkańską Perłą”, czy jakoś tak. Generalnie przychodził do klubu jako jego wybawiciel, ale nie wniósł nic dobrego w poczynania zespołu.

Goran jednak miał przynajmniej jeden wielki talent. Zdumiewająco szybko uczył się polskiego. Do dziś pamiętam naszą rozmowę, na kilka dni przed tym, gdy wyjechał do Belgradu i nigdy już nie wrócił do Poznania. Pytałem go o przyczyny niepowodzeń w Warcie (nie znał odpowiedzi), o plany na przyszłość (nie znał odpowiedzi). Znał za to odpowiedź na pytanie, jak czuł się w polskiej szatni i jak ocenia potencjał drużyny.

- Polak, to dobry kolega. Ale piłkarz – do dupy.

Grzegorz Rasiak ma wielki dystans do siebie. Wielu ludzi na jego miejscu „wymiękłoby” psychicznie po tych wszystkich żartach, niekiedy słabych. Jednak nie „Rossi”.

Podczas sesji zdjęciowej przed rozpoczęciem sezonu, gdy cały zespół ustawił się już do zdjęcia, nagle niespodziewanie uruchomiły się zraszacze na boisku. Strumienie wody zaczęły lecieć wprost na warciarzy. W swoim stylu całą sytuację spuentował Maciej Scherfchen, zwracając się do Rasiaka:

- Grzesiu, zobacz. Nawadniają Cię przed ligą!

Mariusz Ujek przez kilka tygodni pracował indywidualnie z fizjoterapeutą, nie uczestnicząc w normalnych treningach zespołu. Powodem była kontuzja mięśnia pośladkowego. Oczywiście był to dobry powód do docinek ze strony innych zawodników. Dało się m.in., usłyszeć, że:

- Jeszcze nikt nigdy nie dostawał tyle siana w ramach rekompensaty za ból dupy!

Yu Fei był pierwszym chińczykiem w historii I ligi. Jego gra w Warcie nie podniosła jej poziomu sportowego, ale przez kilka tygodniu przyczyniała się do sporej medialności klubu. Fei był jednak strasznie zagubiony i czasami było mi go tak po prostu żal. Dowcipy piłkarzy bywają okrutne i są bardzo, ale to bardzo specyficzne.

Po jednym z treningów biegowych piłkarze wracali truchtem obok stadionu Szyca. W ruinach szatni obiektu mieszkają bezdomni – przed tymi ruinami wystawione było ognisko, przy którym wygrzewało się kilka psów. Wszyscy piłkarze, w tym i chińczyk, przyglądali się gorzko temu obrazowi.

- Fei, co jest, zgłodniałeś? – rzucił jeden z zawodników.

Był w Warcie taki piłkarz, jak Mateusz Świergiel. Miał jedną, rozpoznawalną cechę – potrafił wyrzucić piłkę z autu na ponad 40 metrów. Artykuł na ten temat postanowił opublikować nawet „Fakt”. Mateusz miał zrobioną sesję zdjęciową, podczas której pozował z miarą w ręku i z piłką pod pachą.

Po kilku dniach artykuł pojawił się w druku. Nosił tytuł: „Młody warciarz rzuca piłkę”. Mina bohatera tekstu – bezcenna.

Na koniec jedna z moich ulubionych anegdotek, którą opowiedział kiedyś Damian Seweryn. Nie wiem czy pamiętam wszystkie szczegóły, ale mniej więcej było to tak:

Grałem w Grecji, w klubie z niższej ligi. Razem ze mną w zespole grał jeszcze jeden Polak, który dołączył do zespołu nieco później, niż ja. Starałem się więc wprowadzać go do zespołu, tłumaczyć co i jak.

Po treningach jedliśmy wspólne posiłki w restauracji. Korzystaliśmy ze szwedzkiego stołu. Zauważyłem, że kolega nałożył sobie pełen talerz kalmarów… i nic poza tym. Usiedliśmy do stołu, zaczynamy jeść, ale o chwili widzę, że coś mu te kalmary „nie wchodzą”.

- Nie rób wioski, jedz! Nałożyłeś sobie cały talerz, a teraz co? – mówię.

- Wiesz co Damian… - kolega pochylił się nieco w moim kierunku i przybrał konspiracyjny ton. – Jakieś do dupy są te frytki.

 

Czytaj więcej na blogu Tak to właśnie widzę.

Zobacz także

Poznań - najnowsze