Sport.pl

Masz już blog? Dodaj wpis po zalogowaniu.

Załóż swojego bloga

19.12.2016 12:51

"Lion. Powrót do domu" czyli cała Akademia Filmowa płacze

"Lion. Powrót do domu" (Lion)

reżyseria: Garth Davis

scenariusz: Luke Davies

w rolach głównych: Dev Patel, Nicole Kidman, Rooney Mara, Sunny Pawar, Abhishek Bharate

 

Mam wrażenie, że "Lion. Powrót do domu" jest w pewnych kwestiach nawet doskonalszy od osławionego "Slumdoga. Milionera z ulicy". Oscarowy "Slumdog" aż tak mocno nie grał bowiem na emocjach, a film Gartha Davisa to właściwie same emocje. Nie miał także "Slumdog" tak niezwykłej Nicole Kidman, jaką widzimy w tym filmie. A jednak to właśnie dzieło Danny Boyle'a sprzed siedmiu lat sprawia, że nie sposób "Liona" odebrać tak, jakbym chciał go odebrać.

Jest to bowiem film piękny. Absolutnie przepiękny. Uszyty wyłącznie z wątków, które szarpią za duszę, nie pozwala wysiedzieć w fotelu bez sięgania po chusteczkę, bez ścisku serca, bez rozpłynięcia się w tym, co się widzi. To film, który w sposób niezwykle subtelny, ale jakże uderzający pokazuje brutalność i przerażającą rzeczywistość Indii.

Z Indiami mam wieczny problem. Nie tylko dlatego, że akurat w tym kraju spotkało mnie wiele sytuacji, których akurat wolałbym uniknąć. Głównie dlatego, że miałem w nich budzące we mnie lęk uczucie chęci ucieczki przed ludźmi. Indie są przeludnione, przeraźliwie przeludnione. W tym ogromnym kraju nie wystarcza już miejsca dla wszystkich. Margines, na który spychani są ci, dla których brakuje go najbardziej, powiększa się. Gdy chwilami stanąłem na chaotycznych ulicach Bombaju, Dżajpuru czy Waranasi, przychodziło mi do głowy, że chyba nikt już nie wiem, co z Indiami począć.

Indie to niewyobrażalny bagaż tradycji, historii, kultury, religii. To pod tym względem jeden z najbogatszych krajów świata, zupełne perełka na mapie świata. Subkontynent nie tylko geograficznie, ale i kulturowo, odmienny i przeciekawy. A jednak wciąż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że dobrze było mi w nich tam, gdzie się przerzedzało. Gdzie ludzi było mniej np. w lesie Rathambore, gdzie żyją tygrysy.

Tu można przeczytać: Polowanie na tygrysa, czyli w poszukiwaniu numeru 24

Dlatego z Indiami mam wielki problem, największy spośród wszystkich krajów, jakie kiedykolwiek widziałem. Mam problem z ich monstrualnie zatłoczonymi miastami, w których zgubić łatwo i drogę, i rozum, i poczucie bezpieczeństwa. Garth Davis na tym bazował. Otwierające "Liona" sceny, w których zagubiony pięciolatek błąka się po zakamarkach Kalkutty, szukając wyjścia z potrzasku, są w tym filmie najwspanialsze. To w ogóle jedne z najwspanialszych sekwencji, jakie kiedykolwiek nakręcono na ten temat. Bezradne dziecko, jednocześnie nie do końca świadome grozy sytuacji, w której się znalazło, przez co owa nieświadomość dodaje mu sił i w jakimś sensie go ratuje - to robi ogromne wrażenie. Miejski moloch i jego bezdyskusyjne reguły widziane oczami dziecka sprawiają, że stają się one jeszcze bardziej atawistyczne, jeszcze mocniej nawiązujące do praw przyrody. Taka Kalkutta z bezradnym i nieświadomym dzieckiem to w istocie - proszę mi wybaczyć to określenie - mutacja filmu przyrodniczego, z walką o przetrwanie na miejscu pierwszym. Powrót do pierwotności, pokazujący w gruncie rzeczy, jacy naprawdę jesteśmy.

To w tej sekwencji, która od razu łomocze widza po głowie, kluczową rolę odgrywa Sunny Pawar - wspaniały, ośmioletni aktor hinduski, który nawet sam nie wie jak jest znakomity. Jego podróż przez koszmar piekła, w jakim się znalazł, jego naiwna wiara przełożone fenomenalnym instynktem samozachowawczym to doprawdy maestria. Tak jak przerażały mnie slamsy Kalkutty czy Bombaju, tak na te sceny mógłbym patrzeć godzinami. Sunny Pawar w roli zagubionego w wielkich Indiach chłopca Saroo jest jak antylopa w lesie pełnym wilków i tygrysów. Właściwie nic specjalnego się w tym czasie nie dzieje, ot, dziecię włóczy się samotnie po mieście, szukając odpowiedzi na klujące się w jego główce najważniejsze pytania: gdzie jestem? gdzie jest mama? gdzie jest brat Guddu? Pytania, na które nie ma odpowiedzi, o czym nie wie. Podobnie jak nie wie, jak bardzo ma przechlapane, bo w jednej chwili stał się dzieckiem ulicy. Stał się bezpańską psiną, która przetrwać może tylko cudem. Nie dzieje się wiele, ale są to sceny hipnotyczne. O sile potężnego magnesu.

"Slumdog" aż takich scen nie ma. Ma brutalniejsze w swym wymiarze, jednakże nie znajdziemy w nim takiej niesłychanej, dziecięcej wędrówki i straszliwego miasta widzianego z poziomu sześciolatka.

To są krystaliczne emocje. To są emocje odarte z wszelkich innych dodatków, emocje sautee. Przejmujące, podane w potężnej dawce. Niesamowite kino!

Do czasu, bo potem wydarzenia rozwijać się zaczynają w zupełnie innym tempie i w zupełnie inny sposób. Rzekłbym, hollywoodzki. To chwila, gdy ślad "Slumdoga" zaczyna się bardzo mocno odciskać na "Lionie". Tego "Slumdoga", który z historii niezłomnego chłopca ze slumsów (w tamtym wypadku Bombaju) uczynił baśń godną Oscara. Tego, który w perfekcyjny sposób łącząc teleturniej "Milionerzy" z wątkami z życia młodego Hindusa stał się arcydziełem światowego kina. I który zdobył dziesięć Oscarów, torując tym samym drogę innym podobnym filmom.

Powiadają teraz o "Lionie", że to skok na Oscary. Film skrojony według gotowej receptury bollywodzkiego wyciskacza łez, w którym odnaleźć można ściskającą serce historię w każdym zakamarku Bombaju, Kalkutty czy Waranasi. Że kroczy po śladach poprzednika prosto ku lutowemu rozdaniu nagród Akademii Filmowej, która z pewnością uroni łzę. A uroniona przez Akademię łza przemienia się w złoto. Na dodatek "Lion" ma jeszcze walor tak ceniony w kalifornijskich rozdaniach - autentyczność. To opowieść oparta na prawdziwej historii, jeden z tych, o których aż trudno filmu nie zdobyć.

Saroo Brierley (właściwie Sheru Munshi Khan) z wioski Ganesh Tilaj koło miasta Khandwa w stanie Madhya Pradesh w środkowych Indiach to dziecko naprawdę zagubione w wielkim kraju w 1986 roku. Naprawdę uratowane i adoptowane na Tasmanii. Dziecko, którego straszliwe zrządzenie losu, rzucające go w slamsy Kalkutty, nieoczekiwanie stało się przepustką do nowego, bardziej wygodnego życia. Dziecka wreszcie, które nie było w stanie w tym komforcie dać sobie rady, bez odnalezienia swej dawnej rodziny.

Szukanie igły w stogu siana - można powiedzieć o misji odnalezienia nieznanej z imienia niepiśmiennej matki, która nie była nawet w stanie zareagować na anonse w indyjskich gazetach, z przekręconą przez dziecięcy umysł nazwą miejscowości, bez jakiejkolwiek wiedzy skąd dokładnie i przez ile dni jechał ów pociąg do Kalkutty, w który znalazł się mały Saroo. Szukanie igły w stogu siana złożonego z przeszło miliarda już ludzi, jacy kotłują się na uliczkach przeludnionych indyjskich miast.

Historia, która jest żywą reklamą możliwości współczesnej techniki i Google Earth, jest skrojona na Oscary niczym najbardziej elegancki churidar. Wręcz idealna, to prawda. Nie ma takiej możliwości, by nie dostała nominacji, gdyż Akademia uwielbia podobne historie. A pewność owej ryby zwiększa sukces "Slumdoga".

A zatem skok na Oscary? Odrzuciłbym te argumenty od razu, broniąc emocjonalnego ładunku jako postępuje za "Lionem", gdyby nie kilka zagrań Gartha Davisa, wskazujących na to, że tam może być w istocie. Odszedł on bowiem w pewnym momencie od swojej ascetycznej wersji historii Saroo, którą posługiwał się u zarania filmu. Kilkoma wprawnymi skrótami przeniósł się ze slamsów Kalkutty do rozwiązania tej opowieści.

Nie zmienia to jednak faktu, że emocje w tym filmie są gigantyczne do samego końca. Pod tym względem góruje on nad "Slumdogiem", bo poza emocjami nie ma tu właściwie niczego więcej. Bo być nie musi. Schizofreniczne życie człowieka adoptowanego z całą jego nierozpoznaną przeszłością to przecież drzemiący wulkan. Nie stał się Garth Davis niewolnikiem wnyków autentyczności tej opowieści, gdyż muszę przyznać, że tę autentyczność zachował do końca. Pewnie dlatego, że ten prawdziwy scenariusz niewiarygodnej chwilami historii jest mocniejszy niż cokolwiek, co mógłby sam wymyślić scenarzysta.

Garth Davis postawił na jeszcze jedną pewną rybę - Deva Patela, który przecież właśnie w "Slumdogu" zagrał w sposób, który wyniósł ów film na najwyższą półkę kinowej jakości. Tutaj jednak mam wrażenie, że Dev Patel nie daje sobie do końca rady z kontynuacją dzieła nieświadomie rozpoczętego przez... ośmiolatka. Brzmi to może dziwacznie, ale siła jaką daje temu filmowi ów mały dziecięcy aktor Sunny Pawar znika w chwili, gdy zastępuje go Dev Patel.

Jest jednak Nicole Kidman w roli tak poruszającej i tak subtelnie prawdziwej, że uznać ją muszę za jedną z najciekawszych w jej dorobku. Aż żałuję, że Garth Davis nie postawił na nią bardziej, nie pokazał historii zagubionego Saroo także z perspektywy dwóch matek, co nadałoby temu filmowi charakteru wybitnego. Jest także Ronney Mara w roli, w jakiej i ją widujemy rzadko. Aktorka poświęcana dotąd występom znacznie mroczniejszym, znacznie dziwaczniejszym niż ten, w "Lionie" zagrać musi po prostu dziewczynę, która tego zagubionego chłopca próbuje odnaleźć. Próbuje, skoro z nim sypia. Wbrew pozorom, nie jest to wcale łatwe.

 

INNE TEKSTY FILMOWE AUTORA ZNAJDUJĄ SIĘ TUTAJ

Czytaj więcej na blogu Rana vulgaris.

Zobacz także

O autorze rana2

avatar

Radosław Nawrot:
Podczas kolonii w lipcu 1982 roku pewna dziewczynka próbowała mnie odciągnąć od oglądania meczu mundialu w Hiszpanii i krótkim ''pssst'' wywoływała mnie na zewnątrz. Bez skutku. Do tej pory żadnej kobiecie się ta sztuka nie udała.

Na tym blogu będą pojawiały się wpisy na temat s...

Poznań - najnowsze