Sport.pl

Masz już blog? Dodaj wpis po zalogowaniu.

Załóż swojego bloga

23.01.2013 18:27

Nasi tu byli, czyli syndrom Hurghady

Do określeń rzucanych mi przez arabskich sklepikarzy w Egipcie na wieść o tym, że jestem z Polski, takich jak ''dobra dobra zupa z bobra’’', ''taniej niż w Biedronce’’, ''za darmo umarło'' doszły nowe: ''mucha rucha karalucha'' i ''Doda Elektroda''

O Dodzie Elektrodzie wiedzą tu więcej niż o profesorze Kazimierzu Michałowskim, opoce światowej egiptologii. To nasza zasługa. Nas Polaków. Tzw. syndrom Hurghady.

Gdy zapytałem poznanego przeze mnie w Egipcie kolegę z Niemiec imieniem Dirk o to, co wie na temat egipskich kurortów nad Morzem Czerwonym, ten odrzekł: - Są trzy główne typy tych, którzy z nich korzystają. Najbogatsi jeżdżą do Sharm el-Sheikh, to dość ekskluzywny kurort (obowiązującym tu językiem niemal urzędowym jest język rosyjski). Miłośnicy nurkowania mają swoją mekkę w Dahab. Ci, dla których wycieczka do Egiptu to tania okazja na szybki i niezobowiązujący urlop, zwalają się do Hurghady.

To opinia na pewno krzywdząca, gdyż sam znam wielu ludzi na bardzo wysokim poziomie, którzy bywali i bywają na wakacjach w Hurghadzie. Coś chyba jednak w niej generalnie jest… W każdym razie Hurghada to miejsce, które gromadzi zdecydowanie najwięcej Polaków. Są tu oni piątą nacją pod względem liczby turystów.

Położona na kontynencie afrykańskim (Dahab i Sharm el-Sheikh leżą już na Synaju, czyli w azjatyckiej cześci Egiptu) miejscowość rozrosła się dzięki turystom, którym w sumie nie ma nic do zaoferowania poza plażą, wycieczkami fakultatywnymi (szybkie obskoczenie piramid w Gizie i grobowców w Tebach, Karnaku, Luksorze – tak na pstryk, pstryk zdjęcie i spadamy) oraz arabskimi sklepikarzami. Wielu z nich pracuje sezonowo raz tu, raz tam. W Kairze, Aswanie, Luksorze czy Aleksandrii spotkałem wielu sprzedających turystom swoje duperele Arabów, którzy niedawno byli w Hurghadzie. Stąd też znają Polaków, stąd znają kilka zwrotów po polsku, których natychmiast używają dla rozluźnienia kontaktu, gdy dowiedzą się  że mają do czynienia z polskim gościem.

Wszystkich tych zwrotów nauczyli się oczywiście od nas samych – wyjeżdżających na tydzień do Hurghady czy Sharm. ‘’Dobra dobra zupa z bobra’’ – szczerze mówiąc, w Polsce nie słyszałem tego zdania od lat! Co za oldskul i obciach! ‘’Mucha rucha karalucha’’ – kto wpadł na to, by uczyć tego Arabów i czy naprawdę uważał to za śmieszne?

Nie ma oczywiście powodu, by przybierać strasznie poważną minę; w końcu człowiek lubi się na urlopie trochę powygłupiać. Sam pamiętam, jak podczas wizyty w Pekinie w trakcie igrzysk olimpijskich w 2008 roku wynajęliśmy z moimi kolegami duże mieszkanie w chińskiej dzielnicy (nie hotel), a okolicy strzegli młodzi strażnicy z karabinami. Początkowo sztywni i wyprostowani, z czasem uśmiechali się na nasz widok i pozdrawiali. Gdy zapytali nas, jak jest po polsku ‘’dzień dobry’’, nauczyliśmy ich, że ‘’szczęść Boże’’. Podobnej lekcji udzieliliśmy wielu Chińczykom. Może ją pamiętają.

No ale że ‘’mucha rucha karalucha’’…

To już się robi trochę festyn piosenki biesiadnej! A skąd się wzięła ta ‘’Doda Elektroda’’?! Następny krok jest już zupełnie oczywisty i łatwy do przewidzenia...

Pewnie wielu Arabów z Hurghady już to zna i niesie dalej w Afrykę kaganek polskiej kultury.

- Only fajf edżypszan pąds, maj frend! Wery czip prajs. Wery gut prajs espesziali for ju, maj frend. Łot kątry, maj frend? Bolanda! A ''dobra dobra zupa z bobra'', maj frend - tak to mniej więcej brzmi.

Jako mały chłopak zaczytywałem się w książkach Alfreda Szklarskiego, w tym w przygodach Tomka Wilmowskiego. Nie ja jeden zapewne, ale przypomnę dla porządku. Ów Tomek był polskim chłopcem żyjącym w Warszawie pod zaborem rosyjskim. W 1902 roku jego ojciec, emigrujący przed opresjami caratu, ściągnął go do siebie za granicę. Obydwaj pracowali odtąd dla słynnego niemieckiego animatora nowoczesnych ogrodów zoologicznych Carla Hagenbecka. To on stworzył pierwszą taką placówkę w Hamburgu, gdzie zamiast krat i ciasnych klatek budował zwierzętom wielkie wybiegi ze scenografią podobną do środowiska naturalnego. Wilmowscy łapali mu i wozili zwierzęta, przez co podróżowali po całym świecie. Strasznie im tego zazdroścłem jako dzieciak. ‘’Tomek w krainie kangurów’’, ‘’Przygody Tomka na Czarnym Lądzie’’, ‘’Tomek na tropach Yeti’’, ‘’Tomek w dorzeczu Amazonki’’, ‘’Tomek w Gran Chaco’’ czy ‘’Tomek wśród łowców głów”. Sporo tego było.

W każdej z tych powieści Alfred Szklarski z uporem podszytym może i jakimiś kompleksami pompował do głowy czytelnika wszelkie informacje na temat tzw. polskich śladów. Słowem, gdzie się Tomek nie pojawił, tam szukał pozostałości po polskich odkrywcach i eksploratorach, a autor przedstawiał je obszernie na wielu stronach. Tomek Wilmowski żył w czasach zaborów, więc było to dla niego ważne, by znaleźć namacalne ślady istnienia i rangi Polski w świecie. Alfred Szklarski pisał już za czasów PRL. Wtedy – umówmy się – też to było istotne by się jakoś dowartościować. Teraz już nie jest?

Na każdym kontynencie takich Polaków było sporo. W wielu egzotycznych krajach wryli się oni w historię. Góra Kościuszki w Australii, Góry Domeyki w Chile, linia kolejowa Malinowskiego w Peru, jeleń Dybowskiego z Syberii – można by mnożyć i mnożyć. Mamy się czym pochwalić.

W Egipcie widać nas w wielu miejscach. Wspomniany już profesor Kazimierz Michałowski to ikona nie tylko polskiej, ale i światowej egiptologii. To on odkopał i ocalił ptolemejskie budowle w Aleksandrii, on także stał na czele komitetu UNESCO, który w latach 60. dokonał rzeczy zupełnie niebywałej – pociął na kawałki i przeniósł w inne miejsce świątynie Ramzesa II i jego faworyty Neferteri z Abu Simbel, co ocaliło je przed zalaniem wodami Nilu spiętrzonymi przez Nassera tamą asuańską. On i jego współpracownicy (np. dr Tadeusz Andrzejewski) potrafili odczytywać pismo hieroglificzne faraonów równie sprawnie jak dzieła Juliusza Słowackiego czy Henryka Sienkiewicza (obydwaj literaci, dodajmy, też penetrowali Egipt, by go potem uwiecznić nie tyle w muzeach, co w bibliotekach; to też ważne).

na zdjęciu powyżej: uratowana przez zalaniem wykuta w skale niesamowita świątynia Ramzesa II w Abu Simbel w Nubii; pocięta na kawałki i przeniesiona w nowe miejsce - to m.in. polski prezent dla przyszłych pokoleń

Z samego Poznania i Wielkopolski mieliśmy kilku bardzo konkretnych panów, których moglibyśmy reklamować Egipcjanom bez cienia wstydu. Od Gaspara da Gamy, który już w XV wieku osiadł w Egipcie, a potem uratował wyprawę portugalską Vasco da Gamy począwszy; następnie przez Jana Łaskiego – biskupa gnieźnieńskiego, który swej pielgrzymce do Ziemi Świętej w 1500 roku nie ograniczył tylko do modłów, ale zajął się także badaniami; wreszcie po Antoniego Floriana Braunka, który w 1827 roku tworzył tu wielką armię Muhammedowi Aliemu (ale nie bokserowi, ale paszy - twócy współczesnego Egiptu). Na wieść o wybuchu powstania listopadowego, ruszył z powrotem do kraju, wioząc na statku mnóstwo skarbów starożytnego Egiptu. Gdyby dotarły do Polski, stalibyśmy się jednym z centrów ich udostępniania. Niestety, statek Polaka zatonął wraz z nimi podczas sztormu na Morzu Czarnym.

Józef Kościelski z Poznania zgłębił Egipt tak bardzo, że w latach 70. w XIX wieku publikował nawet w odcinkach swoje wrażenia na łamach ‘’Dziennika Poznańskiego’’. Wygłaszał też w Poznaniu publiczne odczyty i wykłady o Egipcie, a sale pękały w szwach od zaciekawionej i zasłuchanej widowni.

Wreszcie – Kazimierz Nowak, który Egipt przebył przed wojną na rowerze czy prof. Lech Krzyżaniak, który badał zwłaszcza Nubię, prawdopodobną kolebkę staroegipskiej cywilizacji.

Jest trochę tych ‘’polskich śladów’’, które powodują, że człowiek przypomina sobie o patriotyzmie i czuje się dumny. Jak wtedy, gdy staje przed tablicą przykręconą na świątyni królowej-faraonki Hatszepsut w Ad-Dajr Al-Bahri w Tebach. I czyta, że to Polacy, nasi ziomale przekopali te cholerne piaski i dokonali rzeczy wielkich.

Ale to są oczywiście nudy, więc my serwujemy Arabom Dodę Elektrodę.

Na zdjęciu powyżej: ruiny starożytnego nubijskiego miasta Abu na wyspie Elefantyna na Nilu, choć w sumie to nie jest aż takie ważne; ważne jest, że... Danuta i że nasi tu byli

Czytaj więcej na blogu Rana vulgaris.

Zobacz także

Komentarze (2)

  • jacniew70

    Oceniono 3 razy 3

    Trafił pan w samo sedno. Jeździłem do Egiptu z rodziną od lat, praktycznie co roku, czasami nawet dwa razy do roku. Niestety ostatnio zaprzestaliśmy tych wyjazdów, właśnie ze względu na przerażająco wysoki poziom obciachu ze strony polskich turystów... I to nie tylko w Hurgadzie, którą omijam szerokim łukiem od samego początku, ale także, w niby tym dla "zamożniejszych" Sharm El Sheikh.

  • Gość: Aradganviesk

    0

    Jois. Jois , , .

Zaloguj się lub zarejestruj

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

O autorze rana2

avatar

Radosław Nawrot:
Podczas kolonii w lipcu 1982 roku pewna dziewczynka próbowała mnie odciągnąć od oglądania meczu mundialu w Hiszpanii i krótkim ''pssst'' wywoływała mnie na zewnątrz. Bez skutku. Do tej pory żadnej kobiecie się ta sztuka nie udała.

Na tym blogu będą pojawiały się wpisy na temat s...